Referendum lokalne, czyli jak zagrać w „Odwołaj swojego wójta”
W teorii wygląda to tak: mieszkańcy gminy czy miasta stwierdzają, że dotychczasowy wójt, burmistrz albo prezydent nie spełnia ich oczekiwań. Do kompletu dorzucają jeszcze radę, bo skoro już wymieniać meble, to od razu wszystkie. Zbierają podpisy, składają wniosek, a komisarz wyborczy mówi: „Dobrze, proszę państwa, czas na referendum”.
W praktyce to trochę jak organizacja wesela na 10 tysięcy osób – trzeba zebrać chętnych, przekonać ich, że naprawdę warto się bawić, a potem jeszcze dopilnować, żeby ktoś przyszedł.
Podstawy gry
Żeby referendum doszło do skutku, potrzebne są:
- Podpisy mieszkańców – bo inaczej wyglądałoby to na prywatną vendettę jednego sąsiada, który pokłócił się z burmistrzem o granicę działki.
- Komisarz wyborczy – taki arbiter elegancji, który mówi: „Tak, możecie się bawić w demokrację”.
- Frekwencja – czyli przynajmniej 3/5 liczby osób, które brały udział w wyborach wójta musi ruszyć się z kanapy. A to już bywa wyczyn – bo w dniu referendum zwykle pada, jest mecz albo promocja w markecie.
Jak to wygląda naprawdę
Oficjalnie: urna, karty do głosowania, komisja wyborcza w szkolnej sali gimnastycznej.
Nieoficjalnie: cała gmina żyje tym, czy Kowalski pójdzie głosować, a sąsiadka z końca ulicy już zapowiedziała, że „ona to ma swoje zdanie, ale nie powie jakie”.
Jedni drukują plakaty, inni plotki – bo to najlepsza forma lokalnej promocji. Na ławkach pod sklepem spożywczym trwa debata polityczna godna sejmowych kuluarów.
Typy wyborców w referendum
- Pan Statystyk – przychodzi, bo wie, że frekwencja to klucz. Nawet nie interesuje go wynik, ważne, że „będzie ważne”. Potem przez tydzień cytuje procenty jak komentator sportowy.
- Pani Zawiedziono-mnie – głosuje na „odwołać!”, ale tak naprawdę obraziła się na wójta, bo nie przyciął krzaków pod jej oknem.
- Pan I-tak-nic-nie-zmienią – pojawia się w lokalu wyborczym, żeby udowodnić, że wszystko jest ustawione… i potem z dumą mówi, że oddał głos nieważny, bo narysował uśmiechniętą buźkę.
- Ciocia Optymistka – głosuje, bo wierzy, że po referendum „będzie lepiej”. Nie dodaje tylko dla kogo.
- Pan Po-koncercie – wchodzi w kapciach, pyta, czy dostanie tu parówki i kawę, a potem i tak oddaje głos, bo „kartkę już dali”.
Skutki uboczne
Jeśli referendum jest ważne i większość powie „tak, odwołujemy”, to:
- wójt/ burmistrz/ prezydent pakują teczki,
- rada gminy wraca do bycia zwykłymi obywatelami,
- a mieszkańcy czekają na komisarza rządowego, czyli takiego „tymczasowego opiekuna”, który przyjeżdża i mówi: „Dzień dobry, teraz ja tu pilnuję porządku, dopóki nie wybierzecie nowych”.
Jeśli referendum jest nieważne (bo przyszło za mało osób), to zostaje niesmak i komentarze w stylu: „A nie mówiłem, że nie warto się fatygować?”.
Co dalej?
Kiedy referendum jest ważne, wtedy ogłasza się wybory przedterminowe. I cała zabawa zaczyna się od nowa: banery, ulotki, obietnice w stylu „nowa droga, darmowa komunikacja i koncert Zenka w plenerze”.
Czy to działa? Cóż, historia zna przypadki, kiedy referendum faktycznie przewróciło lokalną scenę polityczną do góry nogami. Ale zna też takie, gdzie po kilku miesiącach nowy wójt zaczyna mówić i zachowywać się dokładnie jak poprzedni.
Wniosek?
Referendum to taki lokalny reset. Można wcisnąć przycisk „Od nowa” – ale nie ma gwarancji, że gra będzie łatwiejsza albo bardziej kolorowa.
Żart na koniec
Dwóch mieszkańców spotyka się pod lokalem wyborczym:
– Idziesz głosować?
– Idę.
– I co, odwołasz wójta?
– A po co? Sam się odwoła, jak zobaczy, co się dzieje w gminie!







