„PAŃSTWO Z DYKTY” – o tym, jak państwo potrafi unieważnić człowieka
Są takie dni, gdy człowiek budzi się i czuje, że jest tylko numerem w rejestrze. Nawet nie imieniem. Nawet nie człowiekiem. Tylko cyferką, której obecność w systemie jest bez znaczenia, chyba że ma układy, wpływy albo wypchany portfel. Wtedy może się zdarzyć, że ktoś go wysłucha. Może „państwo z dykty”?
Nasza rozmówczyni przez dziesięć lat dbała o pomost. Nie swój — to prawda. Nie miała papieru, decyzji, pozwolenia wodnoprawnego. Ale miała serce do tego miejsca. Robiła to z poczucia obowiązku — żeby było bezpiecznie, czysto, estetycznie. Robiła to za własne pieniądze i własnym wysiłkiem. Pomost przez lata był zaniedbany. Rozmówczyni, zwykły człowiek bez pieczątek, zrobiła z niego coś użytecznego. Remontowała go, konserwowała, dbała, by nie stanowił zagrożenia. Robiła to nie dla zysku, lecz z poczucia odpowiedzialności, z potrzeby serca i szacunku do miejsca, które było dla niej ważne. A potem jednego dnia weszła przypadkiem na stronę gminy i przeczytała, że wszystko, w co włożyła czas, pieniądze i serce — ma zniknąć.
Zobacz także: Czym jest antywindykacja i jak może pomóc osobom zadłużonym?
Nie dostała żadnej informacji. Nie dano jej głosu. Nie uznano za stronę, bo jej działka nie „sąsiaduje bezpośrednio z jeziorem”. Sąsiaduje za to z rozsądkiem i przyzwoitością, których nie wykazano wobec niej ani w urzędzie, ani w sąsiedztwie. Osoby, które dobrze wiedziały, kto zajmuje się pomostem, wystąpiły o jego likwidację przez pełnomocnika, nie fatygując się nawet, by ją poinformować. Tak po prostu, bez rozmowy, bez próby porozumienia.
Okazuje się, że w tym kraju większą wartość niż praca i zaangażowanie ma lokalizacja działki. Albo znajomości. Albo kapitał. Jeśli nie masz żadnego z tych trzech — jesteś nikim. „Nie ma Pani interesu prawnego” — piszą urzędnicy, powołując się na litanię paragrafów, których człowiekowi nie chce się nawet czytać, bo i tak już wie, że nie ma szans.
Przeczytaj również: Nieograniczony dostęp do wód publicznych
To nie chodzi o pomost. Chodzi o system, w którym ludzie są przezroczyści, o państwo z tektury, które potrafi uprzedmiotowić każdego, kto nie jest „właścicielem czegoś”. Państwo, które ustami urzędnika mówi: „nie ma Pani prawa być stroną”, choć to Pani była stroną przez dziesięć lat — tą niewidzialną, która robiła swoje, aż przeszkodziła komuś, kto miał lepsze dojście i więcej odwagi, by sięgnąć po swoje – czy swoje? Pomost zlokalizowany jest na jeziorze będącym własnością Skarbu Państwa, nie na działce tej bezimiennej osoby reprezentowanej przez pełnomocnika.
Ten pomost stał się symbolem czegoś większego. Symbolem tego, że w dzisiejszych czasach bez papieru nie istniejesz, choćbyś przez dekadę dźwigał belki i kupował farbę za własne pieniądze. Symbolem tego, że dobre intencje i uczciwość to za mało. Bo świat już nie działa w oparciu o przyzwoitość. Działa w oparciu o status.
I tak zostaje się nikim. Człowiekiem, który choćby nie wiem ile zrobił — to za mało, by być uznanym.
Przeczytaj również: Ogrodzeniami zagradzają nam jeziora: Skandaliczne liberalizacje prawne
Kiedyś sądziłam, że warto być porządnym człowiekiem, nie kombinować, nie chodzić na skróty. Teraz wiem, że warto tylko jedno: mieć hajs, albo znajomych na odpowiednich stołkach. Albo nie mieć nic i się nie wychylać.
Rozmówczyni nie szuka sprawiedliwości. Już nie. Szuka tylko miejsca, gdzie nie będzie musiała walczyć o prawo do tego, by być widziana. Może gdzieś pośrodku puszczy. Tam, gdzie system nie sięga. Jeszcze.







