Kiedy poplecznik przerasta wodza
Władza ma swoje prawa i swoje grzechy. Włodarz może być nieporadny, czasem chaotyczny, czasem spóźniony z decyzjami. Ludzie to widzą, ale jeśli czuć w nim szczerość i jakąś namiastkę dobrej woli – potrafią machnąć ręką. „No trudno, taki nasz włodarz, przynajmniej się stara”.
Ale co innego, gdy obok włodarza pojawia się samozwańczy prorok. Poplecznik, pełnomocnik, nadworny doradca od wszystkiego i niczego, człowiek, któremu wydaje się, że posiadł całą mądrość świata – a w rzeczywistości nadaje się co najwyżej do przewodniczenia kółku dyskusyjnemu w remizie strażackiej.
I nagle to już nie włodarz jest problemem. To ten „pan od wszystkiego” drażni, obraża i nosi się jak Napoleon w wersji kieszonkowej. Gadka ostra jak brzytwa, ale sensu w niej tyle, co w folderach reklamowych rozdawanych pod supermarketem. Buta, pycha, pozory wszechwiedzy – wszystko w pakiecie. Tyle że, o dziwo, wiedzy tam jak na lekarstwo.
Ludzie patrzą, słuchają i myślą: „Ten to się uważa za półboga”. A przecież prawda jest brutalna – półbóg, ale bez połowy mózgu.
I tu zaczyna się dramat dla samego włodarza. Bo jemu wybaczyliby niejedno – nieudane inwestycje, pomylone decyzje, nawet zwyczajną nieporadność. Ale nie wybaczą tego, że pozwala komuś takim grać pierwsze skrzypce. Że oddał swoją twarz, swoją reputację i swoje resztki autorytetu w ręce poplecznika, który z kontaktów społecznych rozumie tylko jedno: „ja mam rację, a reszta się nie zna”.
Problem w tym, że buta nie ma granic. Im większa niewiedza, tym bardziej wydęta duma. Im mniej kompetencji, tym więcej pouczania. Im gorszy rezultat, tym donośniejsze tłumaczenia, że „to inni są winni”. Tak działa klasyczny mechanizm malkontenta o przerośniętych ambicjach.
A mieszkańcy? Cóż, mieszkańcy nie są głupi. Nie kupią wiecznego kaznodziejstwa z pustym wnętrzem. Nie kupią próżności podanej w ładnym garniturze. Nie kupią człowieka, który udaje, że ma plan, a w rzeczywistości potrafi tylko mnożyć wrogów i tracić sojuszników.
I tak oto włodarz, sam w sobie może jeszcze do zaakceptowania, stał się więźniem własnego poplecznika. To on ostatecznie pogrzebał szanse, to przez niego ludzie odwrócili się plecami, to jego pycha zatruła obraz całej władzy.
Nie opozycja, nie krytycy, nie konkurencja. Władza padła ofiarą własnego towarzystwa.
Bo jak mawiał pewien klasyk: można przegrać z przeciwnikiem, ale wstyd przegrać z własnym doradcą.







