lustro
|||

Tam, gdzie święta odbijają się najciszej

🎄

Święta mają swój rytuał. Zapach potraw, stół nakryty odświętnie, powtarzalne gesty i słowa, które co roku brzmią podobnie: „Spokoju”. „Zdrowia”. „Wszystkiego dobrego”. Jest w nich obietnica wytchnienia, że choć na chwilę świat zwolni, a ludzie staną się dla siebie łagodniejsi.

A jednak dla niektórych ten czas działa jak lustro. Zamiast spokoju odbija napięcie, którego nie da się zagłuszyć kolędą ani tradycją. Od rana pojawia się podskórne zdenerwowanie, trudne do nazwania i jeszcze trudniejsze do zaakceptowania, bo przecież „tak nie wypada”. To rodzina. Najbliżsi.

Są domy, w których bliskość była warunkowa. Uwaga, obecność i miłość przyznawane były za spełnianie oczekiwań. Za bycie dzielnym.
Za radzenie sobie bez narzekania. Za niedokładanie problemów. Tam dzieci szybko uczą się samodzielności. Nie z wyboru, lecz z konieczności.
Uczą się, że prośba jest słabością, a potrzeba kłopotem.

Po latach, przy wigilijnym stole, padają życzenia i słowa: „Ty zawsze sobie poradzisz.” Wypowiadane z uśmiechem, jak komplement.
A jednak brzmiące jak echo dawnych oczekiwań, wymagań.

Nikt nie pyta: czy dajesz radę?
Nikt nie pyta: czy wszystko u ciebie w porządku?
Bo przecież „zawsze sobie radzisz”.

Są ludzie, którzy zbyt wcześnie stali się odpowiedzialni. Dawali innym to, czego sami nigdy nie dostali: uwagę, stabilność, wsparcie.
Byli widziani wtedy, gdy byli potrzebni. A gdy sami czegoś potrzebowali, nagle nikogo nie było, wszyscy się odsuwali.
Nie prosili, myśleli, że to normalne. Nie dlatego, że nie chcieli bliskości, ale dlatego, że nie nauczyli się, jak po nią sięgać.

Nie dla wszystkich święta są czasem wytchnienia.
Czasem działają jak lustro, pokazują to, co przez lata było przemilczane, niewidziane, niewypowiedziane. To, co miało nie psuć atmosfery,
nie robić kłopotu, nie domagać się uwagi. W takich momentach święta nie są odpuszczeniem. Stają się konfrontacją z tym, czego nie da się już zagłuszyć ani tradycją, ani wspólnym stołem.

Wraca się z takich świąt w ciszy. Z uczuciem, że „nic się nie stało”, a jednocześnie wydarzyło się bardzo dużo. Bo zabrakło pytania. Zatrzymania. Zabrakło prostego „widzę cię”.

Dopiero z czasem pojawia się zrozumienie, że ciągłe radzenie sobie ma swoją cenę. Że siła, która nie zna wsparcia, w końcu zaczyna boleć.
I że to, co kiedyś było sposobem przetrwania, dziś domaga się uzdrowienia.

Święta mówią głośno o bliskości. Ale są miejsca, w których milkną. Odbijają się tam, gdzie nikt nie nauczył się prosić. Gdzie siła była koniecznością, nie wyborem. Gdzie obecność zawsze miała warunek.

I właśnie tam, tam, gdzie święta odbijają się najciszej, nie chodzi już o życzenia. Chodzi o to, by ktoś cię zobaczył. Tak naprawdę.
Bez wymagań. Bez oczekiwań. Po prostu.

Widzę Cię.

Światła na stole. W lustrze nie te same święta. Kto widzi ciszę?

🎄

Podobne wpisy