O źdźbłach, kłodach i lupach do cudzego życia
Mamy dziwną skłonność: nieustannie ostrzymy sobie wzrok do wyłapywania cudzych potknięć. Wystarczy, że ktoś źle zaparkuje, przekręci słowo, czy – o zgrozo – nie zna przepisu na rosół babci Zosi. Od razu w nas budzi się wewnętrzny krytyk, sędzia i prokurator w jednym.
Cudze błędy są jak fluorescencyjne markery – świecą, migają i krzyczą: „patrz, patrz!”. A nasze? Nasze są oczywiście usprawiedliwione, bo przecież „miałam zły dzień”, „on mnie sprowokował” albo „takie były okoliczności”.
To właśnie ten klasyczny mechanizm: źdźbło w cudzym oku wyłapujemy z odległości kilometra, a własnej kłody nie zauważymy nawet wtedy, gdy potykamy się o nią codziennie rano w drodze do łazienki.
Co ciekawe, społeczeństwo zbudowało na tym całkiem solidny przemysł. Od plotkarskich portali po osiedlowe ławki – wszędzie kwitnie radosne „a słyszałaś, że…?”. Gdybyśmy tę energię włożyli w rozwiązywanie własnych problemów, to pewnie dawno żylibyśmy w raju na ziemi. Ale nie, łatwiej i przyjemniej poprawić sobie humor cudzysłowem cudzej wpadki.
I tak to się kręci: my z kłodą, sąsiad ze źdźbłem, a między nami niekończąca się debata, kto ma większe „oko do błędów”.
A może czasem warto, zamiast wyciągać lupę do analizy cudzych potknięć, spojrzeć w lustro i spytać: „czy ta kłoda w moim oku nie przysłania mi już całego widoku?”.
Bo, jak napisał Ewangelista Mateusz:
„Czemu widzisz drzazgę w oku swego brata, a belki we własnym oku nie dostrzegasz?” (Mt 7,3).







