wstrzymanie się od głosu - głosowanie
|

Kiedy radny się wstrzymuje i co to właściwie znaczy

🏦

Psychologia samorządowego „ani tak, ani nie”

Wstrzymanie się od głosu to jedno z najbardziej niedocenianych słów w samorządowym słowniku.
Brzmi niewinnie, wygląda neutralnie, a bywa strategiczne jak szachowy gambit.
Formalnie: nie popieram, nie sprzeciwiam się.
Psychologicznie? To już zupełnie inna historia.

Radny, który się wstrzymuje, często mówi więcej, niż mu się wydaje. Ale nie wprost.

Czasem to strach przed odpowiedzialnością.
Bo „za” to ryzyko, „przeciw” to konflikt, a „wstrzymuję się” daje złudne poczucie bezpieczeństwa.
Jeśli coś pójdzie nie tak — przecież nie głosowałem.
Jeśli wyjdzie dobrze — no cóż, byłem obecny.

Bywa to też polityczna asekuracja.
Radny widzi, że sprawa jest niepopularna, ale wie, że klub, burmistrz albo większość „musi” ją przepchnąć.
Wstrzymanie staje się wtedy miękkim kompromisem między lojalnością a instynktem samozachowawczym.

Jest również wariant trzeci: brak decyzji ubrany w proceduralną elegancję.
Radny nie doczytał, nie dopytał, nie do końca zrozumiał, więc zamiast przyznać się do niewiedzy, wybiera bezpieczne „ani tak, ani nie”.
Demokracja w wersji ostrożnej.

Ale wstrzymanie się bywa też komunikatem do wyborców.
Cichym, nieco mglistym, ale znaczącym: „coś mi się tu nie podoba, ale nie chcę palić mostów”.
Problem w tym, że wyborcy rzadko czytają między wierszami.

Najciekawsze są jednak momenty, gdy wszyscy się wstrzymują.
Uchwała przechodzi lub upada, a sala pełna ludzi, którzy teoretycznie byli „neutralni”.
To już nie decyzja, to zbiorowe unikanie odpowiedzi.

Bo w samorządzie, podobnie jak w życiu, brak wyboru też jest wyborem.
Tyle że znacznie trudniejszym do wytłumaczenia po wyborach.

A na koniec drobna obserwacja praktyczna:
Jeśli radny zbyt często się wstrzymuje, mieszkańcy w końcu zaczynają się zastanawiać:
Od czego właściwie on się powstrzymuje: od głosu czy od odpowiedzialności?

🏦

Podobne wpisy