Kiedy jeziora stają się własnością „wybranych” – o zawłaszczaniu przestrzeni publicznej
Z pozoru wszystko wygląda jak należy: piękno jeziora, przestrzeń rekreacyjna, atrakcyjne tereny zielone. Mamy prawo wierzyć, że to miejsce wspólne – dostępne dla wszystkich obywateli. W praktyce jednak coraz częściej stajemy przed zamkniętymi furtkami, tablicami z zakazami wstępu i siatkami rozciągniętymi niemal do linii wody. Wchodząc na teren nadbrzeżny, można odnieść wrażenie, że wkroczyliśmy na cudzą prywatną posesję, a nie na obszar należący do Skarbu Państwa.
Odebrana przestrzeń – dostęp do jeziora tylko dla wybranych?
W wielu miejscowościach w Polsce brzegi jezior zostały szczelnie ogrodzone – działka przy działce, ogrodzenie przy ogrodzeniu. Przerywane powinny być tzw. korytarzami komunikacyjnymi, umożliwiającymi swobodne dojście do wody – ale tych często brakuje. Tym samym z przestrzeni, która formalnie należy do wszystkich, korzystać mogą tylko ci, którzy mieli środki, by stać się „posiadaczami widoku”. Reszta? Spacerując wzdłuż jeziora czuję się jak nieproszony gość, potencjalny intruz, ktoś, kto „nie powinien” tam być.
To nie tylko problem jednego regionu. To zjawisko powszechne, z którym borykają się mieszkańcy wielu gmin – szczególnie tych atrakcyjnych turystycznie. Tam, gdzie wartość gruntu nad wodą szybowała w górę, rosły też mury – symboliczne i rzeczywiste. Mury nie tylko z kamienia i siatki, ale również te w postaci przyzwolenia, obojętności i braku działań ze strony urzędów.
Jeziora dobrem wspólnym. Tylko na papierze?
Co z przepisami? Te są jasne: jeziora są dobrem wspólnym. Linie brzegowe, strefy ochronne, dostępność przestrzeni publicznych – wszystko to jest uregulowane w miejscowych planach zagospodarowania przestrzennego, w ustawach o ochronie środowiska, o dostępie do wód publicznych. Problem w tym, że często są to tylko dokumenty. Papier, który – jak pokazuje praktyka – dla niektórych jest wyłącznie do ominięcia, jeśli tylko pozwalają na to fundusze i znajomości.
I tu rodzi się pytanie: gdzie są kontrole? Gdzie reakcje urzędów, Wód Polskich, gmin, nadzorów budowlanych, inspekcji ochrony środowiska? Gdzie konsekwencje dla tych, którzy bezkarnie grodzą dostęp do jeziora, którzy łamią zapisy planów, budują ogrodzenia wbrew przepisom?
To nie tylko walka o widok – to sprawa godności
To nie jest tylko sprawa lokalna. To problem ogólnopolski – dotyczący nie tylko krajobrazu, ale też równości obywateli wobec prawa, uczciwego zarządzania przestrzenią, poszanowania środowiska naturalnego. To także sprawdzian dla samorządów, które mają realne narzędzia, by temu przeciwdziałać. Mają prawo uchwalać miejscowe plany, egzekwować zapisy, prowadzić kontrole, zgłaszać nieprawidłowości do odpowiednich organów. I co najważniejsze – mają mandat od mieszkańców, by dbać o ich interesy.
Nie możemy dalej udawać, że wszystko jest w porządku. Gdy mieszkańcy muszą przeciskać się między ogrodzeniami, by dojść do wody, a inwestorzy mogą robić co chcą – coś jest bardzo nie tak. To nie tylko sprawa braku dostępu do jeziora. To sprawa godności, prawa do przestrzeni publicznej, do wypoczynku, do kontaktu z przyrodą.
Nie chodzi tu o retorykę „przeciw bogatym”. Chodzi o równe zasady. O przestrzeń, która nie powinna być zawłaszczana. O prawo, które nie może być wybiórcze.
Nowa władza – czas próby
Dla wielu gmin, które właśnie rozpoczęły nową kadencję, to idealny moment, by pokazać, że potrafią działać, że nie boją się tematów trudnych i niewygodnych. Jeśli dziś nie zadbamy o nasze wspólne przestrzenie – jutro może już nie być czego bronić.
Nie bądźmy obojętni. To nasze jeziora. Nasza przestrzeń. Nasze prawo.







