informacja publiczna
|

Jawność, tajemnica, groteska i pytania bez końca

Jawność życia publicznego to fundament demokracji. Prawo dostępu do informacji publicznej nie jest fanaberią, to konstytucyjna gwarancja, że obywatel wie, na co przeznaczane są jego pieniądze. Dlatego prace nad ustawą o jawności umów w samorządach terytorialnych z obowiązkowym rejestrem wszystkich umów, co do zasady są krokiem w dobrą stronę. Transparentność buduje zaufanie. A zaufania w relacji obywatel–samorząd dramatycznie brakuje.

Problem zaczyna się tam, gdzie idea jawności zderza się z ludzką naturą. I z rzeczywistością.

Jawność jako narzędzie kontroli… albo odwetu

W każdej gminie można znaleźć obywatela wyjątkowo aktywnego. Takiego, który zna ustawę o dostępie do informacji publicznej lepiej niż niejeden urzędnik. Pojawia się na każdej sesji, każdej komisji, zadaje dziesiątki pytań, a potem, już z domu, wysyła kolejne. Dziesięć, dwadzieścia, a czasem pięćdziesiąt naraz.

Formalnie wszystko się zgadza. Prawo nie limituje liczby pytań. Nie bada intencji pytającego. Nie interesuje się, czy to realna troska o dobro wspólne, czy osobista frustracja po nieudanych wyborach. Jawność jest ślepa. I właśnie w tym tkwi jej siła, ale też słabość.

Bo gdy informacja publiczna staje się narzędziem osobistej krucjaty, urząd zamiast pracować dla mieszkańców, zaczyna pracować… dla jednego obywatela. Reszta spraw czeka. Mieszkańcy czekają. Inwestycje czekają. A urzędnik liczy terminy, paragrafy i godziny, żeby zdążyć odpowiedzieć na kolejne „uprzejmie proszę o…”.

Groteska? Trochę tak. Ale to groteska napisana ustawą.

Tajemnica publiczna, czyli wszystko tajne oprócz plotek

Drugi biegun jest równie absurdalny. Są samorządy, w których „informacja publiczna” brzmi jak obelga. Każdy wniosek traktowany jest jak atak.
Każde pytanie, jak próba destabilizacji państwa. Dokumenty znikają, decyzje „nie podlegają udostępnieniu”, a odpowiedzi przypominają literacką formę uniku.

„Nie posiadamy”, „nie dotyczy”, „brak podstaw prawnych”, „tajemnica przedsiębiorstwa”, „ochrona danych osobowych”. Nawet wtedy, gdy chodzi o kwotę z publicznego budżetu wydaną na publiczną usługę dla publicznego podmiotu.

Tu jawność nie jest narzędziem kontroli obywatelskiej, lecz wrogiem, którego trzeba oswoić albo zniechęcić. Najlepiej milczeniem. Albo opóźnianiem. Albo pismem na siedem stron, które nie odpowiada na żadne pytanie, ale za to wygląda bardzo urzędowo.

I znów groteska. Tym razem w wydaniu instytucjonalnym.

Urzędnik między młotem a ustawą

W tym wszystkim najczęściej ginie ten, który siedzi pośrodku. Szeregowy urzędnik. Bez wpływu na politykę informacyjną urzędu, bez możliwości odmowy obsługi „aktywnego obywatela”, bez narzędzi do racjonalizacji absurdu. Z jednej strony wniosek za wnioskiem, z drugiej przełożeni, którzy boją się ujawniać cokolwiek „na wszelki wypadek”.

Jawność miała wzmacniać państwo. Czasem jednak zamienia się w teatr, w którym wszyscy grają role, ale nikt nie czuje się widzem.

Jawność potrzebuje rozsądku

Transparentność nie jest problemem. Problemem jest brak równowagi. Brak kultury prawnej po obu stronach. Brak świadomości, że prawo do informacji to nie broń i nie tarcza, lecz narzędzie. A narzędzi można używać mądrze albo destrukcyjnie.

Samorząd to nie prywatna firma ani folwark. Ale też nie automat do generowania dokumentów na żądanie jednego obywatela. Społeczeństwo ma prawo wiedzieć. Urząd ma obowiązek informować. I obie strony mają obowiązek… zachować zdrowy rozsądek.

Bo gdy jawność staje się groteską, przegrywają wszyscy. A najbardziej zaufanie, bez którego żaden samorząd nie działa, choćby wszystkie umowy świata były jawne.


Bo w samorządzie bywa tak, że jedni chcą wiedzieć wszystko, inni nie chcą powiedzieć nic, a urzędnik chciałby tylko wyjść o 16:00.
I gdzieś pomiędzy tym wszystkim znajduje się… jawność.


Podobne wpisy