Kiedy hipokryzję chcemy przykryć hipokryzją
„Hipokryzja to hołd, jaki występek składa cnocie” – pisał La Rochefoucauld. W tym jednym zdaniu kryje się paradoks ludzkiej natury: nawet gdy postępujemy wbrew wartościom, czujemy potrzebę, by udawać, że wciąż ich przestrzegamy. Maskujemy więc rzeczywistość, jakby to miało sprawić, że winy staną się mniej dotkliwe, a nasze sumienia – spokojniejsze.
Hipokryzja jest formą gry. Z jednej strony zdradza, że wciąż istnieje w nas świadomość dobra i zła. Z drugiej – pokazuje, jak bardzo boimy się zmierzyć z prawdą. Zamiast przyznać się do błędu, wolimy stworzyć fasadę, która przykryje niewygodne fakty. Ale fasada, raz postawiona, wymaga kolejnych – i tak jedna hipokryzja rodzi następną, aż w końcu powstaje misterna konstrukcja pozorów, którą wszyscy zaczynają traktować jak prawdę.
To zjawisko nie ogranicza się do polityki ani wielkich scen świata. Obserwujemy je w codziennym życiu: w rodzinach, w relacjach, w pracy. Tam, gdzie zamiast szczerości wybieramy grę wizerunkiem. Gdy ktoś zawodzi, a zamiast powiedzieć „przepraszam” – konstruuje opowieść, która ma brzmieć bardziej szlachetnie niż jego prawdziwe intencje. Albo gdy wspólnota, firma czy grupa ludzi milcząco zgadza się na podtrzymywanie fikcji, bo tak jest wygodniej.
Mechanizm hipokryzji ma w sobie coś z mechanizmu uzależnienia. Pierwsza dawka jest usprawiedliwieniem: „to dla dobra innych”, „to tylko drobny kompromis”. Ale z każdą kolejną maską staje się trudniej odróżnić, co jest jeszcze próbą ochrony, a co już systemowym kłamstwem. Z czasem nawet ci, którzy zaczynali w dobrej wierze, wplątują się w sieć własnych narracji, aż w końcu sami nie potrafią odróżnić prawdy od pozoru.
Najbardziej niebezpieczny wymiar hipokryzji polega na tym, że gdy jedna iluzja pęka, natychmiast szukamy nowej, jeszcze większej, by przykryć tę poprzednią. I właśnie wtedy powstaje błędne koło, w którym szczerość staje się nie do zniesienia – bo wymagałaby przyznania się nie do jednego kłamstwa, lecz do całej ich serii.
Czy można się z tego wyrwać? Być może jedyną drogą jest odzyskanie odwagi do prostych słów: „to była pomyłka”, „nie miałem racji”, „zawiodłem”. Paradoksalnie, takie wyznania nie niszczą człowieka ani wspólnoty – przeciwnie, odbudowują zaufanie, którego nie da się utrzymać na fundamencie pozorów.
Hipokryzja zawsze będzie kusić, bo pozwala odroczyć konsekwencje. Ale odroczone konsekwencje wracają ze zdwojoną siłą. I prędzej czy później każdy z nas staje przed pytaniem: czy łatwiej żyć w świecie masek, czy w świecie, w którym maski zostały zrzucone?
Może więc warto pamiętać słowa La Rochefoucaulda i uświadomić sobie, że każda hipokryzja jest w istocie bezradnym ukłonem wobec wartości, które wciąż uznajemy – nawet wtedy, gdy nie mamy odwagi ich przestrzegać.







